Monemvazja, czyli Gibraltar wschodu i najpiękniejsza nadmorska droga.

W czwartek o 14tej, po południu, w największy skwar, wyruszamy w dalszą podróż na południe. W ten sposób, chcemy wykorzystać dobrodziejstwo klimatyzacji w samochodzie w najgorętszych godzinach dnia. Między 13tą, a 15tą nasze termometry pokazują temperatury czasem kilka stopni powyżej 40.
Wyjeżdżając z Fokiano za cel obieramy Monemvazję i wybieramy drogę wiodącą na zboczu morza, którą wcześniej nie jechaliśmy. Jak na warunki Peloponezu jest nie najgorzej, acz wspinamy się to tu to tam na kolejne wzgórza. Rzekłbym schody zaczynają się w jednej z pobliskich wioseczek gdzie wiodąca stromo pod górę droga zwęża się i zakręca pod wystającymi balkonami. Finalnie mijamy kolejne miejscowości i wjeżdżamy w góry. Jeśli wcześniej pisałem, że jechałem najpiękniejszą drogą świata, to … myliłem się. Dla samej tej górskiej przełączy przyjechałbym tu jeszcze raz! Droga szerokości jednego auta wije się pod górę, pod nierzadko wystającymi skałami. Jedziemy półką skalną nad wąwozem, który jest jakieś 500 metrów niżej. Szok! Mam wrażenie, że nasze 3 metry 10 cm nie zmieści się pod kolejnym nawisem skalnym. O stromości podjazdu informuje mnie co rusz taka pomarańczowa kontrolka na pulpicie ze ślizgającym się autkiem. Muszę delikatniej operować gazem na jedynce 😉. Transfogarska przy tym to spacer po polu. 😉
Po pokonaniu przełęczy, po dwóch godzinach podróży, już bez większych wrażeń docieramy do Monemvazji. Jest godzina 16, żar z nieba jakby z lekka przygasł, termometr pokazuje raptem 36 stopni. Idealny czas na zwiedzanie.
Monemvazja jest wyspą połączoną ze stałym lądem jedynie wąską groblą, stąd też wzięła się jej nazwa – moni emvasis („jedno wejście”). Pierwotnie osadę założono w 583 roku naszej ery. Trudno o bardziej niedostępne miejsce na osadę niż na szczycie tych wysokich na kilkadziesiąt metrów skał. Założycielami byli mieszkańcy północnej Grecji szukający schronienia przed ludami słowiańskimi i Awarami, które masowo napływały z północy. Swój rozkwit zawdzięcza, podobnie jak inne znane miasta Peloponezu, rządom wschodniego cesarstwa Bizantyjskiego, kiedy to była istotnym ośrodkiem handlowym. W tamtych czasach, gdy nie było kanału Korynckiego, statki musiały opływać Peloponez dookoła i pewnie zatrzymywały się na szlaku do Konstantynopola lub do innych części Azji. Po 700 latach liczyło 50 tysięcy mieszkańców, 800 domów i 40 kościołów!
Miasto opierało się bezproblemowo wszelkim atakom barbarzyńców do czasu gdy najechali je Frankońscy krzyżowcy. PO TRZECH! latach oblężenia przez tych „dobrych” rycerzy służącym papieżowi, miasto zostało zdobyte i sprzedane Papieżowi. Później było we władaniu Wenecjan, żeby powiedzmy dokończyć żywota pod rządami Turków, którzy po upadku Konstantynopola zdobyli je. Wtedy też, rzekłbym „automatycznie” umarł handel i miasto to nie miało już racji bytu, wyludniło się i podupadło.
Do dziś dnia świetnie zachowało się stare miasto, które jest ulokowane z tyłu „za skałą. Wejścia strzeże brama z prostopadłym korytarzem zabezpieczająca przed najazdem konnym. Miasteczko to labirynt uroczych małych uliczek, których do dziś nie przemierza żaden pojazd kołowy. Warto tu przyjechać, zgubić się i poczuć klimat tych dawnych czasów…
Do miasta prowadzi jedna droga. Na końcu jest małe rondo, gdzie można zawrócić. Polecam dojechać tam do końca i wysadzić pasażerów u bram miasta, a później udać się na poszukiwanie miejsca parkingowego. Parkingi są ulokowane wzdłuż drogi, lub przy grobli. Często trzeba przejść około kilometr pieszo. Ten dystans w temperaturze 38 stopni jest wycieńczający
Facebook Comments
Chwileczkę.... wczytuję mapę
{36.68918462894206,23.058606920654313}
Podziel się z innymi tym wpisem:
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Najnowsze wpisy